Miasto z przypadku

[current-page:title] - obraz

To bardzo osobista książka o moich ukochanych Katowicach (jestem mysłowiczaninem, ale Mysłowice kocham inaczej – przepraszam za ten patos). Poeta i prozaik Witold Turant pisze o mieście, w którym spędził dzieciństwo i młodość, a też częściowo wiek dojrzały i teraz wspomnieniami do tych lat w Katowicach spędzonych usilnie z nostalgią powraca. Proza to urokliwa. Katowice jawią się jako miejsce – użyję tego określenia, choć cokolwiek już oklepane, ale ja wiem, że tak jest – magiczne. Choć w książce trochę przekory, ironii też niemało, no i przedniego dowcipu nie zbywa (anegdoty przepyszne), to jednak wszystko to wplecione w intymne zwierzenia-rozważania taką melancholią dość często podszyte (jak na poetę przystało, można by rzec). Bo autor Katowicami jest owładnięty. To widać aż nazbyt wyraźnie. No bo jak wytłumaczyć inaczej fakt, że poszukuje ich w miastach niekiedy bardzo odległych, w których przyszło mu bywać. Spogląda na nie oczami zapatrzonego w swoje miasto katowiczanina. Ale skąd się bierze ta fascynacja? Posłuchajmy chociażby tego wyjaśnienia: „[…] Katowice zapisały się w moim umyśle jako klisza czy archetyp, jeśli ktoś woli, miasta, czy może raczej Miasta. Takiej platońskiej idei, której są jednym z odbić. Zapewne dlatego w każdym mieście, jakie odwiedzam, doszukuję się analogii, choćby drobnych, mikroskopijnych. […] Jakby Miasto wszczepiło mi do mózgu jakiś czip, na działanie którego nie mam wpływu”. Katowice Turanta to zarówno miasto bardzo rzeczywiste, aż do bólu konkretne, lecz nie w mniejszym stopniu oniryczne, wręcz odrealnione –  „miasto ze snu, miasto we śnie, miasto śniące”. „Jest wiele może wspanialszych miast – pisze Turant  – po których zdarzało mi się chodzić, a wydawało mi się, że idę sam. Nie miałem przeczucia, że był tam czy jest ktoś, kto może niekoniecznie dzieli moje sny, ale byłby w stanie je pojąć. Przyjazny mi genius loci”. Są w tej książce fragmenty pełne zadumy nad przemijaniem, przemijaniem w mieście, w tym Mieście. Wszak Katowice to również „Miasto ludzi i cieni” – jak zatytułowano jeden z rozdziałów. Na koniec tej krótkiej refleksji proponuję jednak anegdotę cokolwiek nie oniryczną. Otóż pewien Anglik, znajomy Witolda Turanta, jako rezydent dużej amerykańskiej firmy zamieszkał w Katowicach. No i co? Posłuchajmy: „ – Katowice mają coś z amerykańskiego ducha – opowiadał mi kiedyś przy piwie. – Tu ludzie czegoś chcą, do czegoś dążą. Jak w Stanach. Poczciwa Anglia już tego nie ma. […] świetnie czuł się w Katowicach. Wspominałem już, że zazwyczaj Brytyjczycy wolą Kraków. Był wyjątkiem. Kiedy zapytałem go, dlaczego nie wynajmie mieszkania w Krakowie, powiedział:  - Muzeum to ja lubię zwiedzać, ale żeby zaraz mieszkać?”. Ja też tak właśnie uważam.
dr Grzegorz Odoj